Katastrofa lotnicza


6 XII najgorszy dzień w roku dla pracownika kontroli lotów. Wszyscy są wtedy strasznie roztargnieni, każdy wolałby być w domu z rodziną niż siedzieć w robocie. Nie uświadczysz nikogo kto zgodziłby się zastąpić ciebie w ten paskudny dzień. No chyba, że za duże pieniądze, a i to nie zawsze. Tego dnia jest ciężko. Nikt z nas się do tego nie przyzna bo ludzie baliby się latać. Ale gdy pracujesz w święta szybciej się męczysz niż zwykle. Nawet czajnik kawy nie pomaga. Po jakimś czasie zaczynasz dostrzegać na radarze obiekty, których nie ma. Samoloty tego dnia jakoś częściej „wpadają w turbulencje”, jest więcej wypadków, a piloci donoszą o UFO przelatujących w ich pobliżu z niespotykaną prędkością. Prawdziwy koszmar…

* * *

Wrightom się bardzo śpieszyło. Na spotkanie u cioci nie wypadało się spóźnić. Mimo iż była późna pora, mimo, że mają w domu telewizor i oglądają codziennie wiadomości John Wright wraz z żoną i synem szli przez miasto na skróty. Myślę, że byliby ciekawym przypadkiem dla wiktymologów.

Jak można się było tego spodziewać, w ciemnej uliczce przywitało ich dwóch panów słowami „pieniądze albo życie”. Komitet powitalny uzbrojony był w noże. John jeśli potrafił walczyć, to tylko o wyższe stanowisko w firmie w której pracował. O jego żonie i synu szkoda gadać.

Oddali pieniądze, ale bandyci postanowili się jeszcze nieco zabawić kosztem bezbronnych ofiar. I wtedy w ciemnościach rozległ się dźwięk tłuczonego szkła.

* * *

Rycerz nocy, pogromca przestępców Bruce Wayne obserwował swoje miasto z dachu wysokiego wieżowca. Spoglądał na ten betonowy las, którego korony drzew zamieszkiwały gargulce. Widział w dole przejeżdżające samochody i ludzi. Tak, mimo wysokiego poziomu przestępczości, o tej nocnej godzinie spacerowali tam także uczciwi obywatele. To miasto nigdy nie zasypiało.

Spojrzał w niebo. Światło reflektora tworzyło na ciemnych chmurach znak nietoperza. Wzywali go.

* * *

Zostawcie ich natychmiast! – Wrigtowie jak i draby odwrócili się w stronę skąd dochodził głos. Powoli z mroku zaczęła się wyłaniać sylwetka grubego mężczyzny. Ubrany był na zimowo, miał długą brodę – bezdomny jakiś?. W prawej ręce trzymał „tulipana” (chyba ze stłuczonej butelki po Coca Coli).
– Liczę do trzech! Oddajcie ich pieniądze albo… albo… Oddajcie ich pieniądze!!

* * *

Ostatnio na lotnisku zatrudniono nowego psychologa pracy. Tak jak ten ostatni, uczył nas jak radzić sobie ze stresem, badał warunki w jakich pracujemy, rozmawiał z szefami portu lotniczego jak usprawnić ten bajzel. Jednym zdaniem robił to co jego poprzednik. Tylko, że tym razem przyniosło to efekty. Teraz jest mniej wypadków w święta, ludzie zapomnieli o UFO, a ja mogę spokojnie obserwować radar i nie obawiać się, że coś mi wyskoczy. Jasne, że człowiek wolałby być 6 XII z rodziną, ale obecnie przynajmniej praca jest trochę bardziej znośna.

* * *

Bruce z kocią zręcznością przemieszczał się z dachu na dach. Znał tę część miasta na pamięć, jego ruchy były całkowicie instynktowne – skok, salto, wystrzelenie kotwiczki… Był już niedaleko miejsca spotkania gdy nagle, kiedy znajdował się między dwoma wieżowcami, na wysokości mniej więcej piętnastego piętra, usłyszał bliżej nieokreślony hałas z prawej strony. Coś jakby dzwoneczki? Odruchowo zerknął w kierunku źródła dźwięku. Wszystko zaczęło się dziać w baaaaardzooo zwoooolnioooonyyyym teemmmpieee. Zaczął dostrzegać bezsensowne wydawać by się mogło aspekty tej sytuacji. Drobne szczegóły, takie jak zadrapania tynku, na pobliskich budynkach. Po tym zdarzeniu byłby w stanie dokładnie wskazać w których oknach paliło się jeszcze światło. Równocześnie, jakby na innym poziomie świadomości widział całe swoje życie, które ktoś przewijał do przodu na podglądzie. Ale to co najbardziej zaprzątało jego uwagę, to było pędzące z ogromną prędkością, ciągnące sanie, stado reniferów biegnące wprost na niego.

* * *

I tak to jest mój synku. Po wypadku Święty Mikołaj musi w zastępstwie Batmana walczyć w Gotham przy pomocy różnego rodzaju zabawek i szybkiego pojazdu z przestępcami. Tatuś z mamusią zastępują w tym czasie Mikołaja podrzucając Ci prezenty pod poduszkę. A wszyscy na całym świecie mogą spokojnie korzystać z linii lotniczych, bez obawy, że spotkają się z jakimś rogatym ssakiem w powietrzu.

* * *

Życzę wszystkim czytelnikom wesołych i udanych świąt.

Borsuk


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *