Następca gry


Na „Final Fantasy 7: Advent Children” fani czekali ponad dwa lata. Zamieszczane w Internecie trailery rozpalały wyobraźnię, która szybko jednak studzona była przez przekładaną bez przerwy datę premiery. Zadawano sobie mnóstwo pytań: czy twórcy udźwigną ciężar odpowiedzialności? Film miał być kontynuacją gry, która stała się legendą. Czy nie lepiej byłoby stworzyć kolejną grę? W pamięci wielu zapisała się klęska, jaką był „Final Fantasy: The Spirits Within”. Po co w ogóle stworzono ten film? No i – ostatecznie – czy warto było czekać tyle czasu, by go obejrzeć? Przynajmniej na to ostatnie pytanie znajdziecie odpowiedź w niniejszej recenzji.

Film otwiera sekwencja będąca jednocześnie ostatnią sceną, jaką dane nam było zobaczyć w grze. Stanowi ona niejako klamrę, łączącą „Advent Children” z „Final Fantasy VII”. Oto widzimy jednego z bohaterów gry – Nanakiego – wilkopodobne, czerwone stworzenie, z towarzyszącą dwójką małych „wilczątek”. Kilkoma susami dostają się oni na skalną półkę, z której rozciąga się wspaniały widok na zieleniącą się krainę. Krajobraz psują jedynie zarośnięte roślinnością ruiny budynków. Ci, którzy widzieli outro FF7 wiedzą, kiedy rozgrywa się ta scena – 500 lat po wydarzeniach z gry. Widzowie „Advent Children” jednakże natychmiast przenoszą się 498 lat wstecz, kiedy nie wszystko wyglądało tak sielankowo.

Właściwy film otwiera scena lotu helikoptera, który następnie znika we mgle, najwyraźniej lądując. Później słyszymy fragmenty rozmowy, krzyki, kilka strzałów. Następnie helikopter odlatuje. Intrygujący początek, zachęca do dalszego oglądania.

Chwilę później głos małej dziewczynki opowiada pokrótce o tym, co działo się dwa lata wcześniej. O korporacji Shinra, Lifestream’ie, Soldier, człowieku imieniem Sephiroth. Tutaj ujawnia się pierwsza istotna wada filmu: niejasność. Ci, którzy nie grali w FF7, zwyczajnie nie połapią się w fabule. Dlatego do nich kieruję następujące zalecenie: oglądajcie AC wraz z osobą, która grała w FF7 i dobrze tą grę zna. Ona z pewnością będzie w stanie wyjaśnić Wam wszystko, a film w kwestii odbioru tylko na tym zyska (dzięki Rian, że oglądałeś ze mną FFAC przez GG – dop.Rasgan).

Następnie widz zostaje przeniesiony do głównego miejsca akcji: miasta Midgar. Tutaj wkrótce poznajemy dziewczynę o imieniu Tifa i głównego bohatera opowieści – Clouda. Wkrótce potem pojawiają się trzej srebrnowłosi mężczyźni, poszukujący kogoś (czegoś?), kogo nazywają „Matką”. Akcja filmu wyraźnie się rozpędza.

Chociaż fabuła koncentruje się na tajemniczej chorobie, zwanej Geostigmą i złowrogich planach tajemniczej trójki, główny temat jest zupełnie inny. Kluczowe słowo to „przebaczenie”, którego rozpaczliwie poszukuje główny bohater. I tutaj znów ujawnia się to, o czym wspomniałem wcześniej: widz, który wcześniej nie zetknął się z grą, nie jest w stanie wyłapać, o co chodzi. A w każdym razie przychodzi mu to z trudem.

Natomiast od strony intrygi film spisuje się nieźle: mamy sporo akcji, ciekawych przeciwników, a na końcu walkę głównego bohatera z nemezis, które prześladowało go przez cały czas. I pod tym kątem scenarzyści spisali się na medal. Niestety – jeżeli film w zamyśle stanowi kontynuację gry, to trzeba go rozpatrywać w taki właśnie sposób. I tutaj, niestety, przegrywa na całej linii. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: czas. „Advent Children” trwa półtorej godziny, z czego większość wypełniają walki. Oczywiste jest, że nie dało się w tym czasie zmieścić tego, co zaprezentowało graczom FF7 w ciągu kilkudziesięciu godzin. Zatem dla wiernych fanów FF7 film niestety będzie stanowił pewną porażkę.

Najważniejszy element: fabułę, pokrótce omówiłem. Natomiast dwie wielkie zalety filmu to oprawa graficzna i dźwiękowa. Zacznę od pierwszej.

SquareEnix przyzwyczaiło już wszystkich do tego, że ich dzieła są prawdziwymi dziełami sztuki. Obojętnie, czy mowa o grach, czy filmach. „Advent Children” stworzono tą samą techniką, którą wcześniej wykonano „Final Fantasy: The Spirits Within”, wobec tego mniej więcej było wiadomo, czego możemy się spodziewać. Mniej więcej, gdyż to, co zaprezentowano widzowi z pewnością przewyższa wszelkie oczekiwania. Pomijam pięknie wykonane postacie – to już widzieliśmy w FF:TSW. Natomiast AC wypełnione jest akcją – scenami walk i pościgów, które sprawiają wrażenie, jakby wyjęto je wprost z, na przykład, „Matrixa”. Widowiskowe skoki i pojedynki toczone w powietrzu, walka na miecze w czasie jazdy na motorze, czy starcie z olbrzymim potworem w miejskim gąszczu budynków – wszystko to mamy okazję zobaczyć w AC. Ci, którzy widzieli już film, często zwracają uwagę na walkę toczoną w kościele – i jest ona rzeczywiście piękna i chyba najbardziej kojarzy się właśnie z „Matrixem” (a ja sobie wgrałem do mojej Motorolki dzwonek z FFAC – dop.Rasgan). Natomiast mnie znacznie bardziej zachwyciła ostatnia walka Clouda z Sephiroth’em – niszczone budynki, zadawane z szybkością błyskawicy ciosy… Rozmach i epickość tego pojedynku dodatkowo podkreśla…

… Rewelacyjna ścieżka dźwiękowa. Ona akurat zaskoczeniem nie jest. Jej twórca – Nobuo Uematsu – już dawno temu zaznajomił wszystkich ze swoim geniuszem. W filmie mamy okazję posłuchać kilku nowych utworów, ale też starych, znanych z gry – za to w zupełnie innych aranżacjach, jak np. utwór przygrywający w czasie pojedynku w kościele, czy też absolutny majstersztyk: „One Winged Angel”. Ten utwór był genialny już w FF7. Podczas ostatniej walki znowu mamy okazję go usłyszeć – i jest jeszcze piękniejszy: z gitarą, perkusją… No i ten tekst – po zapoznaniu się z nim słuchanie „One Winged Angel” autentycznie wywołuje dreszcze.

Pora wreszcie odpowiedzieć na pytania postawione we wstępie… A przynajmniej na część z nich. „Final Fantasy VII: Advent Children” bez wątpienia zasługuje na obejrzenie. Jeżeli nie dla fabuły, to choćby dla samych walk. Natomiast czy film stanowi godne rozwinięcie dla gry? Moim zdaniem nie. Zresztą godną kontynuacją FF7 mogłaby być tylko kolejna gra: długa, wciągająca i przede wszystkim wywołująca tak ogromne wrażenie na grającym. Dlatego też moim zdaniem film może się podobać, nawet bardzo; ale należy patrzeć na niego w pewnym „oderwaniu” od FF7. Gra ta powinna być traktowana jako całość sama w sobie. Ona zasługuje na miano legendy, film – nie.

P.S. Rian, a jak na imie miała Księżniczka? – dop.Rasgan

Artur ‚Rian’ Nowrot


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *