Przeskocz do treści

Ostatni dzień, ostatnia noc


Obozowisko wyglądało spokojnie. Ognisko dogasało wraz ze wschodem słońca. Kilkanaście postaci leżących dookoła ogniska pogrążonych było we śnie . Tylko niezwykle bystre oczy mogłyby dojrzeć dwóch strażników schowanych wśród listowia okolicznych drzew. Trzy szałasy tworzące obóz były oczywiście zajęte przez najsilniejszych spośród banitów.

Jeden z nich, porządnie zbudowany mężczyzna o długich, rozczochranych i jasnych włosach, właśnie wstał i z trudem wychodził przez niewielkie wejście do prowizorycznego domku. Wreszcie stanął na obu nogach i rozprostował obolałe kości.

Alric kilkanaście lat spędził na dalekiej północy, w mroźnej krainie zwanej w Imperium Norską. Nie miał więc zamiaru narzekać na ciężkie warunki. Usiadł na ziemi nieopodal ostatnich żarzących się kawałków drewna, które zeszłego wieczoru sam nazbierał. Pomimo nadchodzącej jesieni wciąż nie było zimno, pogoda bardzo dopisywała. Człowiek, przypominający wyglądem barbarzyńcę z północy wciąż rozmyślał nad tym, czemu wrócił w swoje rodzinne strony. Czy była to tęsknota za miejscem w którym się wychował? Zadawał sobie pytanie.

Pogładził rękojeść potężnego, wymagającego siły dwóch rąk topora, który nosił na plecach bez większego wysiłku. Przez ostatnie kilka dni było spokojnie. Zbyt spokojnie jak na jego gust. Rozejrzał się po polanie.

Kilku mężczyzn wciąż spało w najlepsze. Najwidoczniej długo wczoraj świętowali napaść na dyliżans, który przewoził dużą ilość Ale z Altdorfu do okolicznych zajazdów. Obóz wyglądał jak zawsze. Nie było bałaganu, ponieważ wszystkie przedmioty jakie banici posiadali zawsze trzymali przy sobie.

Nagły szmer za plecami wytrącił go z równowagi. Szybko obrócił się i odetchnął z ulgą. Z drugiego szałasu wyszła najemniczka, która kazała zwać się Meg. Wysoka, dobrze zbudowana, o ciemnych włosach, krótko ściętych jak na kobietę. Twarz miała poznaczona licznymi bliznami, śladami wielu walk. Kiedyś opowiadała o swoich podróżach do Tilei, gdzie szkoliła się u najlepszych mistrzów. Ktoś zasugerował, że musi ona być w takim razie szlachcianką, jednak ona surowo zaprzeczyła. Od tego czasu większość bała się o tym wspomnieć, a mieli powód. Meg była najlepszym szermierzem w całej grupie, nikt nie chciał się z nią pojedynkować. Teraz podeszła do Alrica.

- Czy ten nowoprzybyły już wstał? – zapytała z widoczną niechęcią.
- Nie widziałem go jeszcze, zapewne wciąż śpi.

Ten „nowy” niezbyt pasował do grupy banitów, miał długie srebrne włosy, był smuklejszy i zręczniejszy od pozostałych. Jako jedyny nie posiadał miecza, ani nawet pałki. Jedyną bronią był długi łuk, zawsze przewieszony przez ramię. Najemniczka domyślała się, że ten nieznajomy nie jest człowiekiem, jednak w ich sytuacji każdy dobry wojownik był na wagę złota. Tym bardziej teraz, gdy strażnicy dróg patrolowali trakt z dziwną zaciekłością. Nagły dotyk na ramieniu Meg mógł ją przyprawić o zawał serca. Szybko rzuciła się do przodu, przetoczyła i podniosła na kolana, jej ręka już spoczywała na rękojeści rapiera.

- Nigdy… Nigdy więcej tego nie rób! – wykrzyczała przez zaciśnięte zęby. W jej oczach pojawiła się wściekłość, przez chwilę miała zamiar zabić tego, kto ją zaskoczył.
- Spokojnie, nie chciałem cię przestraszyć. - odpowiedział z lekkim uśmiechem na twarzy elf.
- Jak ty to robisz, że poruszasz się na tyle cicho Nalisionie? Wiem, że nazywają cię Nocnym Łowcą, jednak to jest drobna przesada. W biały dzień tak zaskoczyć wprawioną w boju najemniczkę. - Alric przerwał, kątem oka zauważając wściekłą twarz wspomnianej kobiety.
- Skoro już nie śpimy to może obudźmy tą całą zgraję? To, że wypili wczoraj trochę nie jest usprawiedliwieniem - próbował uspokoić sytuację elf, jednak uśmiech na jego twarzy nie zdołał rozładować napięcia jakie wisiało już w powietrzu. Meg już otwierała usta, by coś odpowiedzieć, gdy do obozu wpadł łowca, dysząc ciężko.
- Strażnicy… Strażnicy dróg… - upadł na ziemię z wyczerpania. Cała trójka poderwała się na nogi. Człowiek podniósł się nieco, widać było, że jest po bardzo wyczerpującym biegu.
- Ilu ich jest? Gdzie są? Wiedzą, że tu obozujemy? – szybko wypytywała kobieta.
- Kilkunastu… Wszyscy martwi… Na trakcie… - wysapał – Zmasakrowani, wszyscy zginęli… Prawdziwa rzeź… - nieco uspokoił oddech.

Droga na miejsce zajęła wprawionym w poruszaniu się po lesie banitom zaledwie kilka chwil. Na drodze leżał z tuzin identycznie odzianych ciał. Strażnicy musieli zostać zaskoczeni, ponieważ wokoło nie znaleziono żadnego innego trupa. Zwłoki były w sporej części porozrywane na dwie połowy. Widać było, że żadna ludzka armia nie byłaby w stanie zrobić czegoś takiego… A przynajmniej nie bez jakiejś magii, czy innej pomocy Chaosu. Na trakt dotarli już wszyscy banici. Kilku dokładnie przyglądało się ciałom, jednak niektórzy nie mogli wytrzymać tego widoku i szybkim krokiem udawali się w pobliskie krzaki by zobaczyć wczorajszą kolację jeszcze raz. Wypity alkohol także pomagał. Większości ludzi wciąż szumiało w głowie. To skutecznie zmniejszało ich zapał do oglądania miejsca kaźni.
- Co mogło zrobić coś takiego? - pytał najwyraźniej sam siebie Alric.
- To coś zarżnęło cały oddział strażników - nawet Meg nie dowierzała w obraz przed oczami – Co więcej, to coś najwyraźniej czerpało z tego przyjemność - dodała patrząc na ciało rozsmarowane na całej szerokości traktu.
- Miejmy nadzieję, że nie wróci po nas.
- Wy też to zauważyliście? – wtrącił się elf – Nie wiem czym to się kierowało ale… - błądził wzrokiem po pozostałościach z oddziału rozrzuconych po drodze.
- O czym ty gadasz? – pozostała dwójka spojrzała na towarzysza ze zdumieniem.
- Wszystkie ciała tutaj to zwykli szeregowcy… Widać to po zbrojach - przełknął ślinę – na oddział trzynastu strażników powinien przypadać przynajmniej jeden starszy rangą, najczęściej oficer. Tu zaś nie ma żadnego.
- Więc może to jacyś dezerterzy? Może nasi przedstawiciele prawa – banitka podkreśliła ostatnie dwa słowa mocno sarkastycznym tonem – wybili się między sobą. To jest nam nawet na rękę.
- Jakoś nie do końca chce mi się wierzyć, że ludzie byliby w stanie dokonać takiej masakry. I I to bez żadnych specjalistycznych narzędzi - łucznik najwyraźniej myślał z całej trójki najbardziej logicznie.

Droga powrotna mijała w milczeniu. Kolumna banitów wolno szła przez las w kierunku obozowiska. Poruszali się praktycznie bez najmniejszego szmeru – ot lata spędzone w dziczy. Nagle prowadzący elf przystanął.

- Słyszałeś? – szepnął ledwo słyszalnym głosem do idącego za nim Alrica.
Ten zrobił zdziwioną minę, jednakże nie miał najmniejszego zamiaru się obrócić. Szedł dalej jak gdyby nigdy nic, pomimo to jego ręka powędrowała już do rękojeści topora. Wytężył słuch. A jednak. Elf miał rację. Kilkadziesiąt metrów za nimi usłyszał cichy trzask pękającej gałązki. Ktoś ich śledził. Wciąż udawał, że nie wie o niczym, jednakże od razu odbił nieco w prawo, chowając się wśród gęstego listowia. Banici szli dalej, on stał na uboczu ścieżki pewnie trzymając oburącz ciężki topór. Odczekał chwilę. Trzask powtórzył się, już nieco głośniejszy. Jego przeciwnik zbliżał się. Wreszcie przed oczami pojawiła się drobna sylwetka. Szczurzy łeb obracający się na krótkiej szyi i ludzkie ciało. No i ogon wijący się między nogami niczym wąż.

Alrica na moment sparaliżował strach. Szczęśliwie lata treningu bojowego dały znakomity efekt. Pewniej chwycił topór i skoczył za szczuroczłekiem. Ten zaskoczony obrócił się tylko i stanął jak wryty. Ostrze potężnej broni uderzyło prosto w ohydny pysk stworzenia, zakańczając natychmiast jego parszywy żywot. Człowiek splunął w swoją dłoń i starł kilka plam czarnej krwi, która obficie trysnęła na jego ręce z rozciętego łba wroga. Miał nadzieję, że ta substancja nie jest zabójcza.

- Pysk szczura i sylwetka człowieka? – niedowierzała Meg - Przecież coś takiego nie ma prawa istnieć. Chyba, że… - urwała
- Chaos - dopowiedział cicho Nalision – Mutacje toczą Imperium i niszczą je od środka. Skaveny są jedną z jego oznak. Ponoć specjalizują się w intrygach. Są niesamowicie wytrwałe, przez kilka lat mogą wciąż dążyć do tego samego celu. Oprócz tego… - przerwał i głośniej przełknął ślinę – Ponoć zabijają każdego kto wie o ich planach i może je pokrzyżować.
- Wyprawa na miejsce tej rzezi nie była najlepszym rozwiązaniem. - zakończył dyskusję Alric.

W obozie panowała bardzo ciężka atmosfera. Ktoś zaproponował przeniesienie obozowiska, jednak wyruszenie w tym momencie było więcej niż ryzykowne. Inni chcieli samemu odnaleźć Skavenów i walczyć z nimi, aż jedna ze stron padnie. Tutaj stanowczo zaprotestował Alric. Przypomniał o wyglądzie oddziału straży po starciu z czymś co zapewne Skaveny mają ze sobą. To wyraźnie osłabiło zapał niektórych. Rozważania ciągnęły się aż do późnego wieczora. Pogoda wraz z zapadaniem zmroku stawała się coraz gorsza. Z ciepłej i słonecznej rano przerodziła się w zimną i wietrzną. Co gorsza ciemne, burzowe chmury nadciągały w stronę lasu. To wszystko tylko pogłębiało nastrój przygnębienia wyczuwalny w całym obozie.

- Podwójmy na tę noc warty wokół obozu. Nie, potrójmy. Jeżeli te stwory wiedzą o tym, że byliśmy na miejscu masakry, to najprawdopodobniej będą chciały nas zniszczyć zanim komukolwiek o tym powiemy - rozmyślał na głos elf – Gdyby przez kilka następnych nocy nic się nie stało to znaczyłoby, że Skaveny nie wiedzą o naszym obozie. Chociaż to niezbyt prawdopodobne, oni są bardziej przebiegli niż myślicie. - Wyraz jego twarzy wyraźnie spochmurniał.
- A skąd niby ty wiesz o tym wszystkim aż tyle? To dość podejrzane - wzrok Alrica mógłby przerazić największego wojownika, do tego dochodził jeszcze widok ręki zaciskającej się na trzonku leżącego obok topora. Chyba nikt ze zgromadzonych przy ognisku nie chciałby teraz znaleźć się na miejscu elfa.
- Moja rasa wie znacznie więcej niż wszystkie rasy ludzi i tych bestii z pustkowi razem wzięte. To my byliśmy na tych ziemiach na długo przed pojawieniem się Chaosu. – Elf zdawał się nie przejmować tym, że właśnie powiedział, ze nie jest człowiekiem. Domyślał się już, że większość ze zgromadzonych ma inteligencję przekraczającą większość zwykłych rozbójników i już dawno zna pochodzenie Nalisiona. Odwzajemnił wzrok Alrica – I wiem też, że jeżeli chcemy przeżyć to musimy mieć się na baczności - zdanie zakończył grzmot nadchodzącej burzy.

Deszcz stawał się coraz gęstszy, co chwila niebo przeszywały potężne błyskawice. W tych warunkach znacznie wzmocnione warty trwały na swych posterunkach. Rozpalono więcej niż zwykle ognisk i zmyślnie ukryto je przed deszczem pod prowizorycznymi zadaszeniami. Mimo to chyba nikt w obozie nie spał. Ciemność, nic, las, burza… Niektórzy już nie wytrzymywali psychicznie. Odgłosy kniei i deszczu powodowały, że wyobraźnia stawała się największym wrogiem. Pierwsza warta minęła bez żadnych problemów.

Dziki wrzask obudził śpiącą najemniczkę. Wokoło roznosiły się odgłosy walki. Strzały pomimo deszczu latały gęsto wśród listowia. Donośne piski trafionych Skavenów niosły się po okolicy, nie zagłuszały ich nawet potężne grzmoty ponad ziemią.

Nagle obok Meg pojawiła się potężna sylwetka. Wielki topór dodawał otuchy okolicznym banitom. Alric miał jednak coś wspólnego z barbarzyńcami z Norski. Na jego skórze widać już było kilka płytkich draśnięć, a dwustronne ostrze broni było obficie skąpane w czarnej substancji. Powoli coraz więcej bestii dostawało się w pobliże ognisk. Wielu ludzi na widok stworzeń chaosu obleciał paraliżujący strach. Skaveny nie omieszkały tego wykorzystać. Banici szybko padali pod ciosami pomiotu chaosu. Na liczący w sumie kilkadziesiąt osób obóz uderzyły znacznie przewyższające ich siły.

Po chwili strzały zniknęły. Cięciwy łuczników zamokły i musieli oni stanąć do walki twarzą w pysk z nadciągającymi zastępami wroga. Ostatnia strzała przeleciała tuż przed twarzą Meg i wbiła się głęboko w krtań stwora, który miał zamiar zakończyć żywot najemniczki. Z miejsca na drzewie skąd wyleciała strzała nagle zeskoczyła jakąś postać. Zgrabnie wylądowała na ziemi, a w jej ręku zalśnił długi miecz. Elf podszedł do pozostałej dwójki.

- Więc wreszcie będzie okazja aby powalczyć na starość - o dziwo uśmiechnął się.
Pozostała dwójka najpierw spojrzała na niego ze zdziwieniem aby po chwili odwzajemnić uśmiech.
- Niech pomiot chaosu zapłaci straszliwą cenę za każdego zabitego człowieka - Meg wyciągnęła z pochew dwa długie miecze i ruszyła w stronę ogniska w centrum obozu, gdzie pojawiło się najwięcej Skavenów.
- A więc pokaż mi elfie na czym polega ta potęga starej rasy. – Alric był już, tak jak pozostała dwójka, pogodzony z zakończeniem tej walki.
- Wierz mi człeczyno. Będziesz miał co oglądać - ramie w ramię ruszyli do walki.

Uderzenia stali o stal niosły się jeszcze po lesie niemal do świtu. Burza powoli ustępowała, w mroku nocy migało światło ogniska odbijane na ostrzach broni. Ziemia usłana została warstwą trupów. Skaveny pomimo swojej przewagi miały ogromny problem ze zniszczeniem małego obozowiska ludzi, jednak wynik walki został przesądzony już przed jej rozpoczęciem. Pomimo całego oporu wszyscy banici zostali wybici. Meg padła pod gradem ciosów stojąc na kopcu usypanym z ciał szczurów, Alric po wycięciu w pień kilkudziesięciu przeciwników został zaskoczony przez skrytobójcę, a Nalision został otoczony przez kilkudziesięciu wrogów z pikami i zmarł pośrodku kręgu stworzonego ze ścierwa Skavenów. Co najdziwniejsze wszyscy w momencie śmierci żałowali tylko jednego. Tego, że nigdy nie zobaczyli tego co zaatakowało strażników dróg, a czego odległe i piekielne wycie towarzyszyło walce w obozowisku

Piotr 'Jamro' Jamrozik


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *