Spisek część 2


Weszli do dużej przestronnej kuchni, gdzie z jednej strony stała wielka kuchnia węglowa, przy której kręcili się kucharze i kuchciki. Po drugiej zaś stronie stał długi na pięć łokci drewniany stół, na którym z jednej strony stały potrawy gotowe już do podania dla gości, a z drugiej potrawy dopiero przygotowywane. Karczmarz zaprosił gości by usiedli przy stole, jednocześnie nakazując sługom by zdjęli ze stołu te potrawy, które można już podać gościom i zrobili miejsce dla dwójki podróżnych. Gdy nowi goście usiedli karczmarz podał na stół pieczoną gęś, z gorącym piwem korzennym. Kiedy już obaj najedli się do syta Khenay zapytał:
– Nie powiedziałeś mi jeszcze mój przyjacielu kim jest twój towarzysz?
– Jak to nie poznajesz? To mój bratanek, którego kocham jak syna.- odparł brodacz.
– Więc to jest Keram!? Niemożliwe! Kiedy go ostatni raz widziałem nie potrafił nawet udźwignąć miecza, który mu podarowałem!- dziwił się karczmarz. A powiedz mi Keramie jak żyje twoja matka.
Na wspomnienie o matce Keram nieco zmarkotniał i spuszczając wzrok na podłogę odparł:
– Widać karczmarzu, że dawno u nas nie byłeś. Moja matka zmarła gdy miałem 12 lat. Od tego czasu to wuj Łachim się mną opiekuje.
Karczmarz zmieszał się nieco i powiedział:
– Możesz być dumny ze swoich rodziców Keramie. Ojciec twój był wielkim wojownikiem, a matka, niech spoczywa w pokoju, była świętą kobietą.

Nagle od strony sali, w której siedzieli wszyscy goście dobiegło szczęknięcie broni, trzask rozbijanych dzbanów i przekleństwa pijanego wojownika. Gdy tylko siedzący w kuchni usłyszeli te hałasy odruchowo sięgnęli po swoje wiszące u boku miecze. Widząc to karczmarz gestem nakazał schować broń i pobiegł w stronę niesfornego gościa. Kiedy wszedł zobaczył leżące na podłodze kawałki potłuczonych dzbanów i mis, porozrzucane po sali krzesła i ławy, z których większość była połamana. Na środku tego pobojowiska stał na stole doszczętnie pijany wojownik z krótkim mieczem w jednej i drewnianą włócznią w drugiej ręce. Kiedy karczmarz chciał podejść do niego natychmiast zareagował krzycząc:
– Nie podchodź do mnie bo cię zabiję!
Lecz Khenay wcale się tej groźby nie przestraszył, podszedł powoli do stołu, na którym stał wojownik i spokojnie powiedział:
– Zejdź stąd bo zawołam straż, a oni już dadzą ci radę.
Pijany spojrzał tylko na karczmarza i zaśmiał się drwiąco:
– Głupi karczmarzu, nie wiesz do kogo mówisz, jeszcze nikt ze mną nie zwyciężył, a ty chcesz nasyłać na mnie tych chłystków?!
W tym czasie Khenay powoli zbliżał się do stojącego na stole przeciwnika.

W chwili kiedy ten skończył mówić karczmarz był już przy nim. Wojownik nawet nie zdążył podnieść miecza, kiedy karczmarz jednym uderzeniem kija, którego chował za sobą powalił przeciwnika na ziemię. Zanim ten podniósł się, obok karczmarza stało już dwóch strażników. Wojownik nie stawiając oporu pokornie wyszedł z karczmy płacąc za szkody, które wyrządził. W tym czasie siedzący w kuchni: brodacz ze swoim bratankiem cicho rozmawiali.
– Im dłużej z tobą podróżuję, tym częściej nie mogę cię zrozumieć wujku – powiedział szeptem Keram.
– A czegóż znowu nie rozumiesz?- odparł zdziwiony Łachim.
– Tego wuju, co sądzisz o Aralczykach.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi?
– Nie tak dawno mówiłeś, że wszyscy Aralczycy to krwawe hieny, a teraz tak serdecznie witałeś się z jednym z nich.- odparł z wyrzutem młodzik.
W tej samej chwili do kuchni wszedł gospodarz karczmy i zapytał zaciekawiony:
– A o czym to tak spiskujecie?
Na co ze śmiechem odparł mu Łachim:
– Mój bratanek pytał mnie właśnie od kiedy tak serdecznie witam się z Aralczykami.
Gdy tylko to powiedział- Keram zaczerwienił się ze wstydu, a Khenay pokładając się ze śmiechu powiedział:
– A to dobre, ja Aralczykiem! Ha, ha! Niech mnie wilcy zjedzą dawno się tak nie ubawiłem!- Później, gdy już się uspokoił dodał już nieco poważniej, ale wciąż z uśmiechem na ustach. – Prędzej mój przyjacielu Khan zapłonie żywym ogniem, niż ja zostanę Aralczykiem.
– To dlaczego tu mieszkasz?- zdziwił się Keram.
– Tuż po wojnie, kiedy właśnie wracałem do Argharty, nocowałem w tym miejscu. Nie było tu jeszcze karczmy, ale zwykła lepianka, postanowiłem więc nie wracać do ojczyzny, tylko zostać karczmarzem- odparł spokojnie Khenay.
– Nie żałujesz?- niedowierzał mu Keram.
– Czasami, ale raczej nie żałuję, ponieważ tu także mogę spotkać moich pobratymców. Takich jak wy.- zakończył karczmarz.
– Noc już nadeszła czas iść spać, ale zanim pójdę do łóżka, powiedz mi jeszcze jedną rzecz drogi Khenayu.
– Mów, druhu.
– Powiedz mi mój drogi, od kiedy to przyjaciół swoich zamiast do jadalni zapraszasz do kuchni, wstydzisz się nas?- zapytał brodacz.
– Niech mnie grom spali jeśli kiedykolwiek wstydziłem się swoich rodaków!- oburzył się karczmarz.
– No więc dlaczego?- nie dawał za wygraną brodacz.
– Nie chciałem by was widzieli, to Aralczycy. Gdyby zobaczyli, że was wpuszczam mogliby zniszczyć całą karczmę. Jeden z nich właśnie przed chwilą o mało nie powybijał mi wszystkich gości.
– Ten rozrabiaka to Aralczyk?- spytał zaciekawiony Keram.
– To przeklęte plemię. Przysięgam na głowy moich przodków, że ilekroć obsługuję te wszawe psy mam ochotę ich otruć.- rzekł z powagą karczmarz.
– Nie wiem jak ty wujku, ale ja jestem piekielnie zmęczony i chętnie już położyłbym się spać- powiedział Keram i przeciągle ziewnął. Widząc jego zmęczenie karczmarz począł wydawać służbie polecenia, by położyli gdzieś jego gości z ojczyzny. Wszyscy goście, którzy pozostali jeszcze w karczmie także zaczęli układać się do snu, a ponieważ zabrakło łóżek, każdy spał gdzie mu było wygodnie. Jedni na podłodze, inni na szerokich drewnianych ławach, a jeszcze inni na długich stołach. Dla tych, dla których zabrakło miejsca w karczmie przygotowano legowiska w stojącej opodal stodole, gdzie przykryci sianem i końskimi derkami spali najubożsi goście.

Tylko pięcioro najbogatszych gości spało na prawdziwych, dębowych łóżkach, na których leżały grube i nieco już zapadnięte materace, ludzie ci przykryci byli ciepłymi pierzynami z prawdziwego gęsiego puchu. Dwójce swoich rodaków gospodarz oddał własne, szerokie, łóżko, które stało w małym pokoiku od strony kuchni. Kiedy tylko strudzeni wędrowcy weszli do ciasnej sypialni, zdjęli ubrania i natychmiast zasnęli.

Po raz pierwszy od początku podróży spali w łóżku, pod ciepłą pierzyną, a nie jak dotąd na ziemi przykryci futrami i skórami. Toteż nic dziwnego, że tak mocno spali. Sam gospodarz poszedł spać ostatni, musiał jeszcze posprzątać karczmę, dać każdemu ze swych gości miejsce do spania, przypilnować kucharzy i kuchcików, żeby umyli wszystkie naczynia i nie wyjadali pozostawionych przez gości resztek. Dopiero po dopilnowaniu tych wszystkich czynności poszedł spać. Swoje legowisko umościł sobie w kuchni, obok, niedużego pieca, w którym zazwyczaj wypiekano chleb.

Nie spał jednak zbyt długo, bo gdy tylko słońce wyjrzało zza wzgórza obudziło go pianie koguta, który jak zwykle jako pierwszy obwieszczał początek każdego dnia. Gdy tylko się obudził, umył się i ubrał, poszedł budzić służbę. Liczyła ona sześć osób: dwóch kucharzy i czterech kuchcików, którzy podawali gościom gotowe potrawy. Potem razem z nimi zaczął przygotowywać śniadanie dla swoich śpiących gości. Kiedy wszystkie potrawy były już gotowe, zaczął ich budzić. Jako jedni z pierwszych obudzili się Łachim i Keram, kiedy tylko poczuli zapach parujących z gorąca potraw natychmiast zaczęli się ubierać, a gdy już się ubrali wyszli na podwórze, gdzie stała mała studzienka. Nabrali jedno wiadro lodowato zimnej i krystalicznie czystej wody i z cicha podzwaniając z zimna zębami umyli się. Kiedy weszli do kuchni śniadanie już na nich czekało.

Na środku stołu stał świeży i jeszcze ciepły bochen chleba. Oprócz tego w wielkich drewnianych kubkach parowało grzane piwo. Gdy tylko usiedli do stołu młody kuchcik podał każdemu z nich wielką miskę gorącej kaszy ze skwarkami, polaną mięsnym sosem. Po tej uczcie brodacz przeciągnął się głośno ziewając i rzekł:
– Dziękujemy za gościnę Khenay, ale na nas już czas. Zaraz zaczną schodzić się Aralczycy, a nie chciałbym mieć z nim na pieńku.- a zwracając się do młodzika powiedział: -A ty Keram idź zobacz jak tam nasi ludzie spędzili noc i czy gotowi są już do odjazdu.

Keram podniósł się, poluzował nieco pas, który po tak obfitym posiłku prawie wbijał mu się w brzuch. Zapiął swój płaszcz i wyszedł z kuchni. Nie zaszedł jednak za daleko, gdyż w drzwiach zobaczył wchodzącą właśnie piękną dziewczynę i tak się na nią zapatrzył, że stał w miejscu z rozdziawionymi szeroko ustami.

Dziewczyna ta rzeczywiście była piękna. Miała długie sięgające prawie kolan kasztanowe włosy zaplecione w jeden, gruby warkocz. Jej oczy tak głębokie, że młodzik miał wrażenie, że za chwilę się w nich utopi były tego samego co włosy koloru. Ubrana była w długą i powłóczystą suknię, a na jej smukłe ramiona narzucony był krótki płaszczyk obszyty futrem. Na resztę jej figury Keram nie zdążył spojrzeć, gdyż do karczmy weszło kilku ludzi stanowiących zapewne jej świtę. Oprócz kilku dziewcząt w tym samym co piękność wieku, weszło kilku uzbrojonych ludzi. Jeden z nich wyglądający na jej ojca, wszedł i od razu siadając na ławie krzyknął:
-Hej karczmarzu! Podaj nam coś gorącego bo zziębliśmy na tym mrozie na kość.
Dopiero ten okrzyk wyrwał młodego Kerama z letargu. Potrząsnął szybko głową i podszedł do dziewczyny mówiąc:
-Jak ci na imię o piękna pani?
Na co dziewczyna odparła z uśmiechem:
-Nazywam się Anowi.
-Jesteś przepiękna, jeszcze nigdy nie widziałem, żeby jakakolwiek dziewczyna była tak piękna. Powiedz mi, jesteś istotą ludzką czy tylko wytworem mojej fantazji? A może jesteś syreną, lub boginią?- pytał Keram.
– Nie wiem za kogo mnie bierzesz, jestem zwyczajną dziewczyną.- odparła skromnie.
– Zwyczajną?! Na głowy moich przodków! Jesteś piękniejsza od bogini.- powiedział zachwycony jej urodą Keram.
W tym momencie do gadatliwego młodziana poszedł człowiek, który najbardziej Keramowi wyglądał na ojca Anowi i rzekł:
– Słuchaj młokosie jeśli nie chcesz doświadczyć mego gniewu odejdź od mojej córki.
– Wiedziałem, że to wy panie jesteście rodzicem tej łani.- powiedział Keram zadowolony, że tak szybko to odgadł.
W tym momencie do sali wszedł karczmarz razem z Łachimem, który już od progu powiedział:
– To ty tak spełniasz moje polecenia?! Zamiast pójść do naszych wozów czarujesz tę niewiastę!
Na te słowa odezwał się ojciec dziewczyny pokazując Kerama palcem:
– To wasz syn?
– To mój bratanek, ale kocham go jak syna.- odparł spokojnie brodacz.
– To powiedz mu dobry człowieku, żeby przestał zadręczać moją córkę swym gadulstwem i poszedł sobie.- powiedział nieco już zdenerwowany Aralczyk.
Łachim szarpnął swego bratanka za rękaw i powoli, ale energicznie wyprowadził z karczmy. Gdy tylko wyszli Łachim powiedział:
-Keramie obudź się!
Keram jakby w odpowiedzi zamachał szybko powiekami i powiedział rozmarzonym głosem:
– Kupidyn trafił mnie swą strzałą wuju. Jeśli nie poślubię tej dziewczyny nie mam po co żyć. Idź i wstaw się u jej ojca w mym imieniu! Proszę!
Łachim popatrzył tylko na zamglone oczy swego bratanka i rzekł:
– A niech mnie wilcy pożrą, ty rzeczywiście straciłeś głowę i serce dla tej niewiasty. To mówiąc zawrócił do karczmy. Kiedy wszedł podszedł do ojca dziewczyny i rzekł:
– Dostojny panie! Mój bratanek prosi cię w moim imieniu o rękę twej córki.
Słysząc jego słowa wstał potężny wojownik i powiedział:
– Powiedz swemu bratankowi, że ta niewiasta jest już komuś obiecana.
– Komu?- spytał brodacz z niedowierzaniem.
W odpowiedzi na jego pytanie wstał jeden z towarzyszących dziewczynie młodych wojowników i spokojnie, ale dobitnie odpowiedział:
– Mnie!
Na te słowa brodacz jakby zmarkotniał i rzekł:
– Więc co mam przekazać memu bratankowi?
Ojciec dziewczyny podniósł się z ławy i powiedział:
-Przekaż mu, że córka moja obiecana jest już trzem kawalerom, a prawo zabrania, żeby dziewczyna dawała jakieś obietnice więcej niż trzem kandydatom.
Łachim skłonił się na pożegnanie i milcząc wyszedł. Gdy doszedł do wozów, czekał już na niego Keram i niecierpliwie spytał:
– I jak, zgodził się?
– Niestety ma już trzech kawalerów.- odparł smutno brodacz.
– O bogowie! Za co tak srodze mnie każecie! Czym zasłużyłem na taką karę?- rozpaczał Keram.
– Naprawdę tak ci się podoba?- spytał z niedowierzaniem brodacz.
– A czy słońce zachodzi na zachodzie!? Czy naprawdę woda jest mokra, a piasek suchy?! Co za pytanie wuju!- oburzył się Keram słysząc nutkę drwiny w głosie wuja.
Tymczasem w karczmie toczyła się bardzo podobna rozmowa.
– Dlaczego okłamałeś tego człowieka tato?- spytała Anowi.
– Ja okłamałem?! Co ty mówisz moje dziecko?- dziwił się jej ojciec.
-Okłamałeś! -krzyknęła oskarżycielsko dziewczyna. -Powiedziałeś temu człowiekowi, że mam trzech kawalerów i nie może się starać o moją rękę. A to wcale nie prawda, nie mam jeszcze kawalera.
Na to spokojnie, lecz dobitnie odrzekł jej ojciec:
– Zrozum dziewczyno, ten człowiek nie był dla ciebie.
– Dlaczego?- spytała Anowi
– Nie zauważyłaś?! On był Arghańczykiem.- odpowiedział ojciec.
– I cóż z tego, że był Arghańczykiem! Co to ma do rzeczy?- krzyknęła dziewczyna.
– Moja córko, musisz się jeszcze wiele dowiedzieć o ludziach, a szczególnie o Arghańczykach. Powinnaś mi być wdzięczna, że nie pozwoliłem ci wyjść za niego, to barbarzyńca. Takiego chcesz losu dla siebie i swoich dzieci? W domu tego Arghańczyka byłabyś niewolnicą, która musi pracować od świtu do zmroku.
– Skąd wiesz o tym ojcze?- nie dawała za wygraną.
– Byłem kiedyś w ich barbarzyńskim kraju i widziałem to na własne oczy.- odrzekł jej ojciec.

W tym samym czasie na drodze do Arakny Keram biedził nad swym losem nieszczęśliwie zakochanego. Mimo pocieszenia ze strony Łachima wciąż nie mógł sobie darować, że nie zobaczy już pięknej Anowi.
– Powiedz mi- rzekł zrozpaczony Keram.- Dlaczego ojciec tej dziewczyny mi odmówił jej ręki, tak naprawdę!
Brodacz podrapał się po głowie, zamyślił się i powiedział:
– Nie wiem czy powinienem ci to mówić. Ale skoro nalegasz- powiem. Może w ten sposób wybiję ci myśl o niej z głowy. Ojciec tej dziewczyny jest Aralczykiem.
– A co to ma do rzeczy?!- zdenerwował się Keram.
– Ty naprawdę nic nie rozumiesz? On nie chciał mieć za zięcia barbarzyńskiego Arghańczyka.- odparł mu spokojnie Łachim.
– Jak poznał, że jestem Arghańczykiem?- zdziwił się młodzik.
– To proste, chociażby po ubraniu. Na oko widać kto jest skąd.- odpowiedział brodacz zdziwiony niewiedzą swego bratanka. Widząc smutek w jego oczach Łachim postanowił na razie nic już nie mówić na ten temat by nie rozdrapywać rany w sercu swego bratanka. Mimo różnicy wieku rozumiał co czuje ten młodzik, a to dlatego, że sam przeżył podobną przygodę dawno temu. Było to w czasach, kiedy on sam był w wieku Kerama, a Aralia dopiero podbijała sąsiadujące z nią plemiona. Jemu także odmówiono ręki pięknej Aralki, tylko dlatego, że jej ojciec tak jak wszyscy Aralczycy (niech ich ziemia pochłonie) nie cierpiał Argharty…

Długo tak jechali, Keram rozpaczał w ciszy po utracie pięknej Anowi, a brodacz z rozrzewnieniem wspominał swoje młode lata. Obaj tak się rozmarzyli, że nie zauważyli nawet mijanego patrolu strzegących wjazdu do miasta żołnierzy. Jadący za nimi myśleli, że zaprzestano kontroli i mogą spokojnie jechać. Dopiero krzyki i wrzaski żołnierzy wyrwały Łachima i Kerama z zamyślenia i zobaczyli srogie miny goniących ich wozy żołnierzy. Kiedy wreszcie brodacz zatrzymał wóz, by strażnicy mogli ich dogonić podszedł do niego zadyszany dowódca straży i zapytał podejrzliwie:
– Co to znaczy?! Uciekasz przed kontrolą? Masz coś do ukrycia?
Na co spokojnie odparł mu brodacz:
– Wybaczcie, ale nie zauważyłem patrolu i dopiero wasze krzyki dały mi do zrozumienia, że się zagapiłem.
– A cóż to Arghańczyku, rycerzy Jego Wysokości nie poznajesz?- spytał zirytowany żołnierz.
– Tak się zamyśliłem, że nie poznałem.- odrzekł szczerze Łachim.
– Czy wy ze mnie durnia robicie?! Czy my jesteśmy mrówki, że można nas nie zauważyć!!- krzyczał wściekle dowódca.
W tym momencie wtrącił się Keram, bo pomyślał, że jeśli jego wuj dalej będzie tak rozmawiał z tym żołnierzem to lada chwila wlepią im parę kijów, a tego wolałby uniknąć. To myśląc powiedział usprawiedliwiającym tonem:
– Mój wuj chciał przez to powiedzieć, że macie takie piękne stroje, że pomylił was ze szlachcicami jeżdżącymi do miasta.
– Już dobrze.- powiedział ugodowo nieco już rozbawiony dowódca. – Pokażcie co wieziecie.
Na te słowa Keram raźnie zeskoczył z kozła, na którym siedział, podszedł od tyłu wozu, podniósł płachtę zasłaniającą wnętrze i zaczął wyliczać:
– W pierwszym wozie wieziemy: skóry zwierzęce, głownie z niedźwiedzi, kóz i wołów warte co najmniej 50 dukatów.- gdy skończył wyliczać, a pisarz zapisał wszystko co było w pierwszym wozie, Keram podszedł do drugiego wozu stojącego za wozem, na którym siedział. Podniósł płachtę i znów zaczął wyliczać.- W drugim natomiast wieziemy: dywany, ozdoby oraz 12 dzbanów najlepszego Arghańskiego wina. Wszystko to warte jest 35 dukatów. W trzecim: 3 kosze suszonego mięsa i 5 koszy suszonych owoców, a także 30 glinianych garnków. Wszystko warte 25 dukatów. Razem wieziemy daninę o wartości 110 dukatów.- powiedział Keram opuszczając płachtę ostatniego wozu.

Widząc jak Keram sprawnie i szybko liczy wszyscy jego słuchacze pootwierali ze zdziwienia usta. Nawet pisarz nie mógł uwierzyć, że taki barbarzyńca jak Keram potrafi tak dobrze liczyć. Pomyślał, że kogo jak kogo, ale tego młodzika nie da się oszukać tak jak innych, wpisując zaniżoną wartość towarów. Patrzył tak na rozgadanego młodzika i rzekł:
– O czymś jednak zapomniałeś młokosie.
– Tak? A o czym?- zapytał podejrzliwie Keram.
– Jak powiedziałeś wartość waszych wyrobów to 110 dukatów, ale danina nałożona na waszą prowincję wynosi 135 dukatów. Gdzie jest brakujące 30?- odparł spokojnie pisarz.
Keram poprawił sobie czapkę i powiedział:
– Po pierwsze pisarzu nie 30, a 25 dukatów, a po drugie nie dalej jak wczoraj herold ogłaszał, że król obniżył podatek o 25 dukatów.
Na co wściekły już pisarz odparł:
– Jesteś taki sprytny, czy taki głupi? Wszawy Arghańczyku! Nie próbuj mnie oszukać. Król darował 25 dukatów ale mieszkańcom Aralii, a nie takim szczurzym pomiotom jak wy! Ostrzegam cię, że jeżeli nie zapłacisz pełnej sumy to wrócisz z własną głową w worku.
W tym momencie brodacz poczuł, że musi się wtrącić, albo ten młodzik naprawdę straci głowę. I powiedział:
– Tylko spokojnie, nie ma się co denerwować. Mam tu w sakiewce brakujące 25 dukatów, proszę. To mówiąc podał stojącemu najbliżej żołnierzowi sakiewkę z brzęczącymi w środku monetami. Gdy tylko pisarz podszedł do żołnierza, któremu brodacz wręczył sakiewkę wyrwał mu ją z rąk, otworzył i powoli, ale dokładnie przeliczył. Było w niej brakujące 25 dukatów. Zapisał i to i dał znak żołnierzom, że mogą ich przepuścić. Łachim od razu żwawiej pogonił muły by jak najszybciej zniknąć z oczu strażnikom. Gdy tylko minęli rogatki miasta brodacz powiedział z nie ukrywanym szacunkiem:
– No mój drogi, pokazałeś dzisiaj Aralczykom zęby jak na Arghańczyka przystało.
– Pewnie myślałeś wujku, że jestem tchórzem i się nie odważę- co?- spytał pewny siebie Keram.
– Nigdy nie myślałem, że jesteś tchórzem.- odpowiedział usprawiedliwiająco Łachim. – Jakby nie patrzeć jesteś moim bratankiem, a przecież twój ojciec był wielkim wojownikiem. Ty jesteś krew z jego krwi i kość z kości.
– Przyznaj wuju, że jeszcze nie tak dawno uznawałeś mnie za tchórzliwszego od kury gołowąsa. To twoje słowa.- zaperzył się młodzik. Chciał usłyszeć chociaż jedną pochwałę pod swoim adresem, których to wcześniej wuj mu raczej nie mówił.
– Już dobrze.- powiedział ugodowo brodacz.- Jesteś dzielnym Arghańczykiem, twoi rodzice, niech spoczywają w pokoju, mogliby być z ciebie dumni. Wychowali cię na prawego człowieka.
– To ty mnie tak wychowałeś.- powiedział dumny z siebie Keram.

Kiedy wjeżdżali na rynek, gdzie mieli złożyć daninę słońce już powoli zachodziło. Dzień już się kończył. Lecz nie dla Arghańczyków., oni musieli jeszcze przed północą złożyć daninę. Jeżeli by nie zdążyli, król mógłby kazać uciąć im głowy. Gdy stanęli w kolejce oczekujących było już tak ciemno, że widać było tylko płonące pochodnie, które oświetlały tron. Na tronie siedział nadworny poborca i po kolei, ale i bez pośpiechu przyjmował dary dla króla. Jeszcze nie tak dawno na tronie tym siedział sam Shakull I, ale po zmroku poszedł do swojego pałacu twierdząc, że te najważniejsze podatki już przyjął, a o resztę niech się zatroszczy jego pomocnik. Nadworny poborca nie spieszył się zbytnio, z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że wszyscy Aralczycy spłacili już podatki i żaden z jego przyjaciół czy znajomych nie jest narażony na ścięcie, za nie zapłacenie podatków. Po drugie zaś, nigdy nie darzył zbytnią sympatią cudzoziemców i wcale się nie przejmie jeśli jakiś Nemeyczyk, Arghańczyk czy inny dzikus straci głowę, wręcz przeciwnie sprawiłoby mu to dużą przyjemność.

Tuż przed północą przed oblicze poborcy zajechała karawana prowadzona przez Łachima i Kerama. Najpierw nadworny pisarz zapytał z jakiej prowincji pochodzi danina, gdy już się dowiedział i zapisał to, nadworny poborca gestem wskazał im miejsce, gdzie mają wyładować dobytek. Kiedy obliczył wartość towarów, stwierdzając iż jest to właściwa suma powiedział patrząc na stojącą obok wielką szklaną klepsydrę:
– Już północ, kolejny już raz przychodzicie w ostatnim momencie, kiedyś w końcu nie zdążycie, a wtedy…
Widząc zadowolenie w jego głosie brodacz odpowiedział pokornie:
-Wybacz panie, bylibyśmy wcześniej, ale na drodze do miasta patrole straży królewskiej stały i zatrzymywały wszystkie wozy, przez co straszny się na drodze zator zrobił.
– Zaraz powiesz barbarzyńco, że to przez rozkaz Jego Królewskiej Mości opóźniasz się ze spłatą!- krzyknął, wściekły już nie na żarty, poborca.

Teraz już obaj poważnie zaniepokoili się o swoje głowy, ponieważ tak Łachim jak i Keram dobrze wiedzieli o wrogości poborcy względem cudzoziemców. Chcąc więc załagodzić nieco, wzburzonego Aralczyka Keram powiedział:
– Wybacz Panie memu wujowi, że tak się niefortunnie wyraził. Nikt nie mówi, że to wina Jego Wysokości Shakulla I.
Poborca popatrzył tylko złośliwie na Łachima i odrzekł:
– Ostatni raz tak wam się udało. Jeżeli za rok znowu przyjedziecie w ostatnim dniu, każę uciąć wam głowy.- A zwracając się do niewielkiej grupy kupców stojących za wozami Łachima powiedział:
– Ci co nie zdążyli spłacić daniny stawią się rankiem przed obliczem króla, który zdecyduje, czy mieli powód by opóźnić się ze spłatą.- Gdy skończył odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę pałacu wraz z całą eskortującą go świtą. Przez tłum przeszedł szmer niezadowolenia, każdy bowiem wiedział, że król znany jest ze swojej surowości względem tych, którzy spóźniają się ze składaniem danin. Łachim spojrzał jeszcze raz w stronę oddalających się ludzi, a gdy byli już daleko powiedział odwracając się do pozostałych na rynku kupców:
– Słyszeliście co ten szakal powiedział? Grozi mi śmiercią za spóźnienie, ale jak mu wspomniałem o tłoku na drodze od razu zamilkł.
Na te słowa odezwał się jeden z kupców:
– Ty Łachim nie narzekaj. Przynajmniej zdążyłeś ze spłatą, a my? Niech poranka nie doczekam, jeśli ten łotr nie każe nas jutro ściąć.
– Uspokójcie się dobrzy ludzie! Nikt nie ma pewności jaką decyzję podejmie król, jeśli przeprosicie go za spóźnienie, na pewno wam wybaczy.- próbował uspokajać Keram.
– Młody jeszcze jesteś chłopcze i nie znasz Shakulla.- odparł mu jeden z kupców.- Prędzej zjem własne buty, niż ten rzeźnik ulituje się nad jakimś cudzoziemcem.
– Prawdę mówi!- krzyknął ktoś inny.- Król dba tylko o Aralczyków!
– Chodźmy stąd.- szepnął Łachim i gestem kazał służbie wsiadać do wozów. Gdy tylko oddalili się na bezpieczną odległość Keram spytał:
– Co tu się dzieje? Dlaczego tak szybko odjeżdżamy?
– Nie widzisz, ludzie zaczynają się buntować. Nie chciałbym być w ich skórze, kiedy król się o tym dowie.- odparł brodacz.
– Cóż może ich spotkać gorszego od śmierci?!- zdziwił się Keram.
– Ich samych już nic, ale jeśli król dowie się o buncie, kara może się odbić nawet na ich rodzinach. Nieraz już widziałem jak srogo są karani buntownicy, ich rodziny najczęściej stają się niewolnikami, a tego najgorszemu wrogowi bym nie życzył.- odparł złowrogo Łachim.
– Gdzie my teraz jedziemy?- spytał ciekawie Keram.
– Jak to gdzie?- zdziwił się brodacz. – do jakiejś karczmy, gdzie moglibyśmy się dobrze wyspać przed powrotem do domu.
– Jak to?- spytał młodzik.- Już do domu, ledwie wjechaliśmy do stolicy i już mielibyśmy wracać?
– A cóż byś tu chciał jeszcze robić, mało się jeszcze Aralczyków naoglądałeś?- dociekał brodacz.
– Wiesz doskonale wujku, że nie o samych Aralczyków mi chodzi. Tylko o miasto.- tłumaczył się Keram.
– Miasto?! Na głowy moich przodków! Jeśli ten kurnik nazywasz miastem, to znaczy, że nie widziałeś jeszcze stolicy Argharty. Wiesz mi, tu nie ma nic, czego nie zobaczyłbyś w naszej stolicy.- zaperzył się brodacz.
– Ale ja jednak chciałbym obejrzeć miasto- nie dawał za wygraną Keram.
– Dobrze już, dobrze. Jeśli będzie czas przejedziemy przez miasto.- powiedział ugodowo Łachim.

Gdy tylko weszli do karczmy zjedli kolację i od razu zasnęli jak susły. Trzeba przyznać, że obaj byli zmęczeni – tak brodacz, jak i jego bratanek mieli wielką ochotę wracać już do ojczyzny. Z głębokiego snu wyrwał ich herold, który swoim tubalnym głosem zwoływał wszystkich na plac przed karczmą. Gdy zbiegli się już wszyscy ludzie z karczmy i kilku okolicznych domów, herold wyjął zza pazuchy wielki zwój papieru i zaczął go wolno, ale wyraźnie czytać.
-Miłościwie nam panujący Shakull I król Aralii i podległych mu plemion Argharty, Nemeyu, Nadus… ogłasza co następuje. Dzień dzisiejszy oraz trzy następne uznaje się za Dni Świętej Rzeki Khan. W czasie tych dni każdy Aralczyk ma obowiązek odwiedzenia źródeł świętej rzeki w celu złożenia ofiar dla zapewnienia sobie pomyślności i zdrowia na następny rok. W związku z tym dni te uważa się za wolne od wszelkich prac, a każdy kto rozkazu tego nie usłucha będzie skazany na 100 kijów.- Gdy skończył, chrząknął, zwinął zwój i w asyście trzech strażników poszedł w stronę rynku. Ludzie stojący na placu zaczęli się powoli rozchodzić, każdy w swoją stronę. Każdy ze słuchaczy był zadowolony z 4 wolnych dni, każdy… oprócz karczmarza.
– Znowu święto- marudził.
Słysząc to Łachim ciekawie zapytał:
– Cóż to Aralczyku, nie cieszysz się?
– A z czego się mam cieszyć?- zaperzał się karczmarz.
– Jak to? Nie chcesz mieć kilku wolnych dni?- niedowierzał brodacz.
– A po cóż mi to? Nie mam wozu, więc nie pojadę do źródeł rzeki Khan, a w domu też nie będę miał co robić, bo król zakazał pracy. Dla mnie to 4 stracone dni.- odpowiedział karczmarz wzruszając ramionami.

Brodacz pokiwał tylko ze zdziwieniem głową i ruszył w stronę stojących nie opodal wozów, by sprawdzić jak słudzy spędzili noc i czy nic nie zginęło. Tuż przy wozach dogonił go Keram i dysząc ze zmęczenia spytał:
– Słyszałeś wuju? Król ogłosił pielgrzymkę do źródeł rzeki Khan, jedziemy?
– Właśnie się zastanawiam, czy nie wykorzystać okazji. Czy raczej wracać do domu.- odparł spokojnie brodacz.
– A nad czym się tu zastanawiać?!- dziwił się młodzik.
– Mało ci było tłoku w drodze do Arakny? Chcesz zmarnować kolejne dni na przepychanie się wąskimi drogami do źródeł?- odparł mu Łachim.
– Sądzisz wuju, że będzie aż tak ciasno?
– Ciasno, to było w drodze do Arakny, teraz będzie istny tłok.
– Ale taka okazja może się nam jeszcze długo nie trafić, a przecież z Argharty mamy jeszcze dalej.- naciskał Keram.
– Jedźmy, musimy sprawdzić, czy jest jakaś wolna droga z miasta. Założę się, że nie tylko my wracamy dziś do domu.

Tymczasem nieopodal karczmy w małym, ciemnym pokoiku trzej spiskowcy odbywali potajemną naradę. Siedząc przy małym, drewnianym stole o zaokrąglonych kształtach mówili konfidencjonalnym głosem:
-Słyszeliście? Król ogłosił pielgrzymkę do źródeł świętej rzeki Khan.- powiedział pierwszy z nich.
-A co nas to obchodzi? Musimy trzymać się swoich planów.- spytał nie mniej konfidencjonalnie drugi.
– No właśnie.- poparł go trzeci spiskowiec.
– Jesteście bandą głupców, skoro nic nie rozumiecie!- zaperzył się pierwszy.
– Oświeć nas, jeśli jesteśmy tacy głupi.- powiedział obrażonym tonem drugi, a zarazem najmłodszy ze spiskowców. Pierwszy z nich wyglądał raczej staro, ale ton głosu i gestykulacja wskazywały, że jest młodszy niż na to wygląda. Trzeci natomiast wyglądał na starszego brata najmłodszego z nich. Tak więc trzy tajemnicze postacie trochę nerwowo, ale wciąż ściszonym głosem dyskutowały.
– Już was oświecam.- powiedział żartobliwie pierwszy.- Jak więc słyszeliście król ogłosił pielgrzymkę- tak?
-Tak- odpowiedzieli mu zgodnym chórem pozostali.
-Właśnie. Ale nie wiecie, że nasz król, by pokazać się z lepszej strony postanowił…- przerwał na moment, by złapać oddech i zobaczył, jak obaj uważnie i w skupieniu słuchają tego co mówi.- Postanowił przyłączyć się do pielgrzymów i jeszcze dzisiaj wyruszył w drogę.
-A co nas to obchodzi?- zdziwił się trzeci.
-Nie rozumiecie?!- dziwił się pierwszy.- Przecież to proste, w drodze będzie nam łatwiej go zabić.
-Jak chcesz tego dokonać?- spytał rzeczowo drugi.
– Mam dwa pomysły.- ciągnął pierwszy.- Albo w czasie drogi, albo na miejscu.
– Ale jak, dokładnie!- nie dawał za wygraną drugi.
– Najłatwiej będzie w drodze, możemy go otruć podrzucając do namiotu królewskiego kucharza trujące grzyby, lub inny specyfik. Jeśli się to nie uda, to na miejscu w czasie otwarcia festynu zorganizowanego na tę okazję wynajmiemy dobrego łucznika, który rozwiąże za nas ten problem.
-Ale czy to bezpiecznie mieszać do spisku jeszcze jedną osobę?- spytał niepewnie trzeci.
– A czy, któryś z nas potrafi strzelać z łuku?
– Nie!- odpowiedzieli zgodnie pozostali.
– Sami widzicie, że musimy wynająć jakiegoś dobrego strzelca.
– Ile to może kosztować?- spytał jeden ze słuchaczy.
– To zależy. Jeśli wynajmiemy Aralczyka będzie chciał ze sto dukatów, a jeśli obcokrajowca to około pięćdziesięciu.
– Co tu się zastanawiać!- krzyknął drugi.
– Ciszej!- odparł nerwowym szeptem pierwszy.- Nie róbcie tyle hałasu. A co się tyczy naszej sprawy, to owszem jest się nad czym zastanawiać. Po pierwsze, jeśli wybierzemy Aralczyka mamy większą pewność, że poprawnie wykona zadanie, ale z drugiej strony mógłby nas wydać. Po drugie, jeśli wybierzemy obcokrajowca, to mimo niskiej ceny nie możemy mieć pewności, że trafi we właściwą osobę. Po trzecie natomiast, musimy wybrać takiego człowieka, który nawet na torturach, nie wyda, kto go opłacił i to jest najważniejsze.
– Myślę, że -powiedział drugi- najlepiej będzie, jeśli sami rozejrzymy się i na miejscu wybierzemy najlepszego. Pozostali zgodzili się na takie rozwiązanie i po kilku chwilach wyszli z ciemnego pokoju rozchodząc się każdy w inną stronę.

Mariusz Taranek


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *