Spisek


Wstęp

Dawno temu, w czasach kiedy na Ziemi żyły elfy, ogry i smoki, w położonej na dalekiej północy Aralii żyły w zgodzie i przyjaźni cztery plemiona: niebieskoocy Aralczycy, rudowłosi Arghańczycy, ciemnoskórzy Naddusi i Nemeyczycy. Ci ostatni charakteryzowali się tym, że prawie w ogóle nie czuli chłodu i nosili bardzo długie włosy, przez co wyglądali jak w brązowym welonie. Przez długie lata te cztery plemiona żyły ze sobą w pełnej symbiozie. Dopiero po wstąpieniu na tron Shakulla Pierwszego sytuacja ta diametralnie się zmieniła. Ów król stwierdził, że Aralczycy jako najlepiej rozwinięte plemię powinni sprawować pieczę nad pozostałymi trzema. Pozostałym plemionom nie podobało się, że król traktuje ich jak podwładnych. Skutkiem niezadowolenia była trwająca 15 lat wojna. Aralczycy odnieśli w niej miażdżące zwycięstwo, nie tylko zagarnęli sobie wszystkie bogactwa pochodzące z innych plemion, ale także nałożyli na zwyciężonych daninę. Daninę tę miało płacić każde podbite plemię osobno, przywożąc ją raz w roku do stolicy, by tam złożyć ją u stóp króla. Oprócz tego, mieli oni więcej niż Aralczycy obowiązków i mniej praw. Zabraniano im prawie wszystkiego. Nie wolno im było przekraczać granic bez pozwolenia, handlować poza granicami swojego kraju, zawierać mieszanych małżeństw i wielu innych rzeczy. Jedynym ich prawem i obowiązkiem zarazem było, służyć wiernie Aralii i płacić daninę w terminie.

W położonej na zachodzie Argharty, maleńkiej wiosce nie opodal granicy mieszkał stary, pamiętający jeszcze wojnę z Aralią wojownik o imieniu Łachim. Mimo swojego podeszłego już wieku był ciągle jeszcze sprawny fizycznie. Opiekował się osieroconym w czasie wojny bratankiem- Keramem. Keram, pokochał swego wuja jak ojca, a Łachim odwzajemniał to uczucie. Tym mocniej, że oboje z żoną nie dochowali się własnych dzieci. Keram od początku traktowany był jak syn Łachima i tak też się względem wuja zachowywał.

Rozdział 1 część 1

To była wyjątkowo mroźna, zimowa noc, na atramentowo-czarnym niebie widać było księżyc. Przez małą, leśną dróżkę przedzierały się trzy wozy, każdy zaprzężony w dwa muły. Mimo, iż cała ta karawana poruszała się powoli, zwierzęta były mocno zmęczone i ledwo powłóczyły nogami. Najbardziej zmęczone były dwa, które szły przywiązane za ostatnim wozem, ponieważ nie ciągnęły go, dźwigały na grzbiecie worki wypchane obrokiem. Na każdym wozie siedziało dwóch ludzi opatulonych futrami i zwierzęcymi skórami po czubek nosa. W pierwszym wozie siedział starszy już człowiek z długą siwawo-rudą brodą i takimi samymi krzaczastymi brwiami, spod których spoglądały zielone oczy. Ubrany tak jak pozostali w grube futro, spod którego wystawał mu tylko nos razem z sumiastymi wąsiskami. Na nogach miał długie, sięgające kolan buty ze skóry, obszyte u góry futrem, w rękach, mimo ostrego mrozu wciąż trzymał lejce, które lada chwila przymarzną mu do rąk i mimo nalegań swego młodszego towarzysza wciąż nie chciał założyć rękawic. Był nim dużo młodszy mężczyzna o tak samo zielonych oczach i, o ile to możliwe, jeszcze bardziej opatulony skórami i futrami zwierzęcymi, mimo takiego ubrania wciąż szczękający zębami z zimna. W jadących za nimi wozach siedziało jeszcze czterech ludzi w różnym wieku, ale po ubraniu można było poznać, że są sługami jadącego na czele brodacza. Żaden z tych sług nie był tak grubo ubrany, a mimo to nie drżał z zimna tak jak on. Nagle przerywając leśną głuszę odezwał się młodzik:
– To już trzy dni jak przekroczyliśmy granicę Aralii, a stolicy jak nie widać, tak nie widać.
– Straszny z ciebie pędziwiatr Keramie! Już drugi raz wieziesz ze mną daninę do Arakny, a nie wiesz jaki tu panuje klimat?!- zdziwił się brodacz.
– A co tu ma do rzeczy klimat?!
– Ma, ma Keramie. Rok temu zima była lżejsza, to i przejechać można było łatwiej. W tym roku śniegu napadało na dwa łokcie, to i przejechać trudniej.
– To czemu nie jedziemy saniami, byłoby znacznie szybciej!
– Czy wiesz Keramie co znaczy w naszym języku twoje imię?
– Wiem! Ale co to ma do rzeczy?
– Keram- znaczy ten, który się spieszy. Ja powiedziałbym jednym słowem – Pędziwiatr, ot co. Twoja matka – niech spoczywa w pokoju – miała rację dając ci takie imię, niech się w capa zamienię, jeśli to nieprawda – powiedział brodacz i zaczął się śmiać swoim tubalnym głosem.
– Szydzisz ze mnie wuju, a tu o ważną rzecz chodzi – odparł zgorszony młodzik.
Kiedy wreszcie brodacz przestał się śmiać, spytał niby poważnie:
– O jaką to ważną rzecz chcesz mnie spytać?
– Kiedy wreszcie staniemy na popas? Słudzy są głodni, a muły zmęczone.
– Keramie, gołowąs jesteś i żółtodziób jeszcze straszny, ale serce masz gołębia, zupełnie jak twoja matka. Masz rację, staniemy na popas niech muły odpoczną, a służba naje się do syta – powiedział brodacz i krzyknął – Poostóóój!
Wszystkie mułu jakby na to czekały i jak na komendę znieruchomiały. Z wozów zaczęli wyskakiwać słudzy, by po raz pierwszy od trzech dni rozprostować nogi i ogrzać się od ogniska. Największe trudności z wydostaniem się z wozu miał oczywiście brodacz, z czego wielką uciechę miał jego bratanek Keram, powtarzając wciąż to samo zdanie: „No wujku za dużo bywasz w karczmie i brzuch masz coraz większy.” A słudzy mu w tym wtórowali: „Panie Łachim, pora chyba zacząć jadać korzonki, miast mięsiwa”. Lecz sam zainteresowany nic sobie z tego ich gadania nie robił, miał swoje zdanie na temat swego brzucha. Twierdził z uporem, że: „Każdy porządny Arghańczyk musi mieć duży brzuch po to ,by go chronił przed chorobami i czarami”. Nie wiadomo na ile sprawdzało się to w odniesieniu do czarów, ale w jednym miał rację – odkąd świat światem, a Argharta Arghartą, Łachim chory jeszcze nigdy nie był. Kiedy już wszyscy wysiedli z wozów rozpalono ognisko, przy którym słudzy zaczęli piec przywiezione ze sobą mięso, a zapach przy tym wydzielał się taki, że gdyby nie ogień to zeszłyby się tu wszystkie wilki z całej okolicy. Nagle zza wielkiej zaspy, która z powodzeniem zmieściłaby konia razem z wozem, wyszło trzech dziwnie odzianych mężczyzn. Mieli na nogach podobne buty jakie nosi Łachim, oprócz tego mieli spodnie ze skóry i, co najbardziej wszystkich zaskoczyło, krótkie futerka, które w ogóle nie miały. rękawów. Spod futerek wystawały im długie, gołe ręce. Na plecach ich spoczywały łuki, a jeden z nich trzymał w ręku długą włócznię. Osobliwy widok najbardziej zdziwił Kerama, który mimo bliskości ognia, wciąż lekko drżał z zimna. Nagle jeden ze sług Łachima wstał i krzyknął do przybyłych:
– A wy tu czego!?
Na to jeden z przybyszów, który trzymał włócznię powiedział coś w swoim języku pokazując na ogień. Na co odpowiedział mu sługa:
– Wynocha stąd, podli barbarzyńcy!- i już sięgał ręką po swój krótki wiszący u boku miecz, kiedy odezwał się Łachim:
– Odłóż miecz i daj im podejść.
– Panie litujesz się nad barbarzyńcami?! – spytał zdziwiony drugi sługa.
– Milcz, głupcze!- odpowiedział zdenerwowany nie na żarty Łachim i gestem zaprosił gości, aby usiedli koło niego. Na te słowa jeszcze bardziej zdziwił się Keram, ale widząc gniew wuja wolał mu się nie sprzeciwiać. Zamiast protestować, spytał tylko:
– Skąd znasz ich język wuju?!
– Keramie mleko masz jeszcze pod nosem i wielu rzeczy o mnie nie wiesz i jeszcze długo nie będziesz wiedział – odpowiedział mu brodacz podając jednocześnie jednemu ze swoich gości bukłak z piwem korzennym. Kiedy ci niecodzienni goście najedli się już i napili zapytali o coś Łachima, ponieważ Keram nie wiedział o czym mówią, spytał:
– Co powiedział ten przybysz?
Wuj odpowiedział tłumacząc:
– Podziękowali za gościnę i zapytali jak daleko jest do Arakny.
– A po co oni tam jadą?- zdziwił się Keram
– To ty nie wiesz mój drogi bratanku, że oni także płacą daninę Aralii?!- odrzekł mu brodacz.
Keram chciał zapytać o coś jeszcze, ale nie zdążył, gdyż trzej wędrowcy właśnie żegnali się z Łachimem całkowicie pomijając Kerama i służbę. Więc, gdy tylko zniknęli za zaspą zapytał:
– Powiedziałeś, że oni też wiozą daninę, ale nie powiedziałeś z jakiego kraju pochodzą, Aralia to potężne królestwo , wiele krain i plemion płaci im daninę.
– Nie poznałeś ich?!- zdziwił się Łachim
– A po czym miałem poznać?!- odparł zdziwiony
– Jak to po czym? Po ubiorze, nie zauważyłeś, że im wcale nie jest zimno, mimo, że noszą kaftany bez rękawów? Tylko jedno plemię się tak ubiera – Nemey.
– Więc to są ci słynni, zahartowani Nemeyczycy?
– A jak ich sobie wyobrażałeś? Chodzących na czworaka wydających z siebie barbarzyńskie dźwięki? Sądziłeś zapewne, że rzucają się na wszystkich i jedzą ludzkie mięso, co?! Dobrze mówię?!
– Wielu wojowników z naszej wioski opowiadało, że tak właśnie wyglądają, to dlaczego miałem nie wierzyć? To samo mówili wszyscy Aralczycy- odpowiedział obrażonym głosem Keram.
– Mój drogi, o ludziach musisz się jeszcze wiele nauczyć, to po pierwsze. Po drugie, nigdy nie wierz na słowo wojownikom z naszej wioski, to piwożłopy i za kubek piwa powiedzą ci nawet, że byli na Księżycu.
– Wszyscy? A ty wujku?!- spytał niespodziewanie Keram.
– Prawie wszyscy, zostało kilku prawdomównych – zmieszał się brodacz.
– Aha, a ten brzuch to ci pewnie od prawdomówności urósł, co? – zaskoczył go Keram.
– Nie twoja rzecz smarkaczu, przyjdzie czas, że i tobie urośnie wtedy pogadamy jak równy z równym. Pozwól, że dokończę com zaczął. Po trzecie więc, mój żółtodziobie, zapamiętaj sobie jedno: Aralczyk jest jak plugawy robak i mówi tylko to, co jest mu wygodne. Jedynym celem wszystkich tych żarłocznych hien jest skłócenie plemion im podległych po to, by nie mogły się sprzeciwić królowi Aralii – dokończył Łachim i na myśl o królu Aralii splunął przez lewe ramię.
Keram chciał się jeszcze czegoś dowiedzieć o tym dziwnym kraju i ludziach w nim żyjących, więc zapytał:
– Powiedz mi jeszcze wujku, jak to możliwe, że im nie jest zimno, mimo, iż sami noszą ubrania bez rękawów.
– Są do zimna już przyzwyczajeni, w ich kraju zima trwa ponad 4 miesiące. Jeden z nich pytał nawet czy nie jesteś chory – odpowiedział niespodziewanie brodacz.
– Jaaa! Chory!? Jestem okazem zdrowia – dziwił się młodzik, a żeby to lepiej pokazać zabębnił pięściami w piersi, aż echo poszło.
– Ale dla nich wydawałeś się cherlakiem; ponakrywałeś się skórami tak, że wyglądałeś jak niedźwiedź w gawrze – powiedział Łachim i zaczął się tubalnie śmiać. Śmiał się tak, że aż się cały trząsł, a długie wąsiska podskakiwały mu rytmicznie do góry. Keram prawie się na wuja obraził i zaczął się przygotowywać do snu, moszcząc sobie legowisko na ziemi. Na dobranoc zapytał tylko:
– Kiedy wreszcie dojedziemy do Arakny, znużyło mnie to spanie na ziemi i stęskniłem się już za porządnym łóżkiem.
– Nie martw się, jeśli nie zmieni się pogoda jutro pośpisz jak król; o ile znajdziemy miejsce w karczmie. Ale teraz już śpij, jutro skoro świt ruszamy- powiedział brodacz kładąc się powoli do snu.
– Mam nadzieję, że pogoda się nie zmieni, a co do miejsca w karczmie, to na pewno jakieś się znajdzie- powiedział Keram i. usnął pochrapując od czasu do czasu jak niedźwiedź.

Świt obudził śpiących podróżników skrzeczeniem ptactwa i dochodzącym od strony drogi turkotem kół, jadących w stronę stolicy wozów. Wszyscy nagle zaczęli się spieszyć poganiając muły tak, jakby nastąpił pożar lub inne nieszczęście. Powodem tego pośpiechu był zbliżający się termin płacenia danin przez podbite przez Aralię plemiona. Gdy tylko hałas ten dotarł do uszu śpiących pod wielką zaspą podróżnych i oni zaczęli się spieszyć, aby jak najszybciej wyruszyć. Przed nimi było jeszcze wiele drogi, a czasu coraz mniej. Już nazajutrz mieli stawić się przed obliczem Jego Wysokości Shakulla Pierwszego i zapłacić daninę. Więc, gdy tylko udało się wszystko załadować na wozy, a ludzie usiedli na „kozłach” karawana ruszyła drogą w stronę Arakny. Niestety już w kilka minut później rozpędzone wozy musiały zwalniać, ponieważ na kilkanaście kilometrów przed rogatkami stały setki wozów w oczekiwaniu na wjechanie do miasta. Niestety, nie było to takie proste jak się na początku wydawało, ponieważ każdy wóz jaki wjeżdżał do stolicy musiał przejść skrupulatną kontrolę, prowadzoną przez kilku żołnierzy i jednego królewskiego pisarza. Żołnierze przeglądali każdy wóz, sprawdzając czy nikt nie przewozi broni lub wojowników, a pisarz siedząc na dużym kamieniu zapisywał z jakiej prowincji pochodzi wóz i co w nim wiezie, a z każdej prowincji jechało od trzech do pięciu wozów. Tłok potęgował jeszcze bardziej fakt, że w tym samym dniu przypadał dzień płacenia podatków przez samych Aralczyków, najwięcej było tych, którzy pochodzą z dalej położonych wiosek i wskutek srogiej tego roku zimy do stolicy dojechali dopiero w ostatni dzień. Z tego też powodu Aralczycy chcieli do stolicy dostać się pierwsi, niestety kontrola prowadzona była w tak powolnym tempie, że nawet najbliżej stojące wozy do miasta wjechały dopiero w południe. Inni, aby skrócić sobie czas oczekiwania zjeżdżali z drogi i po nie udeptanym śniegu jechali jak najbliżej kontroli, a mijani przez nich ludzie mogli tylko złorzeczyć na nieuczciwych woźniców. Gdy tylko prowadzony przez Łachima wóz minął zakręt, siedzący obok niego Keram krzyknął:
– Stój!
Ponieważ Łachim był doświadczonym woźnicą stanął niemal w miejscu przyciągając lejce do siebie, a siedzący jak zwykle obok niego bratanek dał znak ręką pozostałym, aby także się zatrzymali. Widząc długi sznur wozów zdziwiony Keram zapytał:
– Czemu ci ludzie stoją zamiast jechać? Przecież mamy mało czasu?!
Łachim podrapał się po gęstych jeszcze, jak na swoje lata włosach, przez co przekrzywił nieco wielką czapę jaką nosił i rzekł:
– Do stu tysięcy beczek pieprzu! Nie mam pojęcia po co ci aralscy głupcy stoją na drodze zamiast jechać. Jeszcze nie widziałem na tej drodze, aż tylu wozów. Rhagez! Wyjdź z wozu i zobacz, po co oni tu wszyscy stoją! – krzyknął na siedzącego w następnym wozie sługę.
Gdy ten wygramolił się wreszcie z wozu szybkim truchtem pobiegł w stronę stojących przed nimi wozów.
– Co się tak wleczesz, migiem! – popędził go Łachim trzaskając przy tym z bata.
Rhagez może i biegłby szybciej, ale nogi tak mu skostniały, że ledwo nimi poruszał. Jednak na rozkaz swego pana przyspieszył nieco i już znalazł się przy wozie Aralczyków. Zamienił z woźnicą kilka słów i nieco szybszym już truchtem wracał do swego pana. Łachim wychylił się nieco na bok by lepiej usłyszeć co mówi sługa i powiedział:
– I cóżeś się dowiedział?
– Zupełnie tego nie rozumiem – odpowiedział Rhagez
– No mówże wreszcie! – popędzał go Łachim
– Otóż ten woźnica powiedział, że słyszał od pewnego kupca jakoby przed rogatkami stała straż i sprawdzała, czy nikt nie wiezie jakich obcych ludzi. – odrzekł sługa i już chciał odejść, gdy Łachim zatrzymał go jeszcze i powiedział:
– A cóż ty głupcze wygadujesz? To już ludziom do miasta wjechać nie można?! A wozy to kto ma prowadzić, żołnierze? Ta banda darmozjadów?! Prędzej zobaczą własne ucho, niż dobrowolnie oddam im do prowadzenia moje wozy! – oburzał się Łachim.
– Źle mnie zrozumiałeś panie, oni sprawdzają, czy nikt nie przewozi wojowników, którzy mogliby zabić Jego Wysokość. – odrzekł mu spokojnie Rhagez.
Niech ziemia pochłonie tego szaleńca razem z jego rodakami! – krzyknął Łachim wznosząc ręce do nieba.
– Nie tak głośno wuju! Jeszcze cię usłyszą i kije wymierzą – uspokajał go Keram.
– Prędzej święta rzeka Khan zacznie płynąć w drugą stronę, niż ja zacznę się bać, tego komedianta i jego bandy. – odrzekł jeszcze głośniej Łachim. Chcąc przez to jeszcze bardziej pokazać, że naprawdę nie boi się Aralczyków.
– Wiem, ty się nikogo nie boisz, ale głupotą byłoby wykrzykiwać takie rzeczy, gdy przed nami stoi z tuzin aralskich wozów. – uciszał go bratanek.
– Chcesz być wojownikiem, a tchórzliwszy jesteś od kury – wyszydzał jego ostrożność wuj.
– Nie jestem tchórzliwy tylko przewidujący. – odparł obrażony Keram.
Siedzieli tak na miejscach bardzo długo, nim sznur wozów poruszył się jadąc kilka kroków do przodu.
– Ciekawy jestem, kto wpadł na ten dziwaczny pomysł z kontrolowaniem wszystkich wozów? – zdziwił się Keram.
– To akurat wiem i mogę ci powiedzieć. – odparł mu Łachim.
– Tak to kto?!
– Nadworny astrolog Jego, tfu!, Wysokości. – odrzekł Łachim z obrzydzeniem.
– Skąd ta pewność? – nie dowierzał mu bratanek.
– Król tego zacofanego kraju jest strasznie przesądny i przed każdą ważną decyzją radzi się swojego astrologa, który mówi mu co podpowiadają gwiazdy. Tak jest przed każdą wojną, bitwą lub byle potyczką. Przez co wojny prowadzone przez te psie pomioty ciągną się całymi latami. Najwidoczniej dzień przed przyjmowaniem danin i podatków król, tfu!, miał jakiś sen, który jego wróżbita odczytał jako zapowiedź zamachu na Jego, tfu!, Wysokość. Tfu! – zakończył brodacz jeszcze raz spluwając ze złości na drogę.
– To bardzo dziwne wuju. Mówisz, że ich wojny są ślamazarnie prowadzone, ale jak to się dzieje, że je wygrywają? – zainteresował się Keram.
– Dzieje się tak z trzech powodów. Po pierwsze Aralczycy mieli lepszą broń, w czasach kiedy podbijali takie plemiona jak Namey czy Arghatrę dysponowali toporami, długimi mieczami i machinami oblężniczymi. Po drugie Aralczycy, niech ich ziemia pochłonie!, szybciej niż inne plemiona zjednoczyli się, wykształcili rzemieślników, pisarzy i żołnierzy. I po trzecie i najważniejsze – w czasie kiedy podbijali inne narody, gdy prowadzili wojnę, faktyczną władzę nad armią nie posiadał Shakull, a wodzowie, którzy bez wiedzy króla dowodzili jego armią, zawiadamiając go czasami o efektach. Ot co! – odpowiedział brodacz.
Keram długo milczał rozważając usłyszane słowa, aż wreszcie nie wytrzymał:
– Mówisz wuju dziwne rzeczy.
– A cóż takiego dziwnego powiedziałem? – zainteresował się Łachim.
– Najpierw powiedziałeś, że wolno prowadzą wojnę, bo ich król pyta zawsze o zdanie czarownika. A później, że to nie on dowodzi wojskiem. To jak to jest?
Na co zdziwiony i lekko już poirytowany brodacz odrzekł:
– Przekręcasz moje słowa gołowąsie jeden. Słuchaj, bo więcej o tym łotrze mówić już nie ścierpię. W czasie pierwszych podbojów władzy faktycznie nie miał, lecz później dowiedział się o samowoli swoich wodzów i przejął zwierzchnictwo nad armią. Bardzo cię proszę nie gadajmy już o tym.
Keram milczał wpatrując się w wozy stojące przed nimi, wyglądały, niby, tak samo jak wszystkie, a jednak inaczej. Tak jak wszystkie miały cztery koła i dach pokryty kolorowym płótnem, na końcu każdego wisiały różnokolorowe frędzle. Ten jednak wyróżniał się od wszystkich jakie dotąd Keram widział. Między wozami kręcili się różni ludzie: przekupnie głośno zachwalający swój towar, słudzy biegający od jednego do drugiego wozu, przynosząc swoim panom coraz to nowe wieści o tym co dzieje się z przodu. Nagle Keram usłyszał za sobą turkot kół i już miał obejrzeć się do tyłu, by zobaczyć któż to tak z narażeniem swego życia pędzi jak na złamanie karku, kiedy zobaczył, że wóz ten właśnie ich mija, a woźnica z batem w ręku rozpędzał zagradzających mu drogę takimi słowami:
– Z drogi szczurze pomioty! – a mówiąc to trzaskał głośno z bata.
Widząc go wuj Kerama krzyknął:
– A ten, gdzie tu się pcha?!
Na co odpowiedział mu woźnica:
– Nie widzisz, psi synu, kto ja jestem?!- odparł wściekły.
– Choćbyś był synem namiestnika, to rozpędzać ludzi z drogi się nie godzi! – odparł Łachim.
– Ty głupcze, nie wiesz z kim zadzierasz. Jestem poborcą podatkowym.
Na te słowa siedzący obok swego wuja Keram, aż drgnął ze strachu. Sam zainteresowany nie przestraszył się ani trochę, tylko zeskoczył żwawo z wozu i zagrodził mu drogę. Gdy poborca zobaczył co robi Arghańczyk krzyknął ostrzegawczo:
– Z drogi wszawy Arghańczyku! Jeśli zaraz nie zejdziesz mi z drogi, poznasz mój gniew i ostrze mego miecza.
Na te słowa Łachim wyciągnął swój długi i ostry jak brzytwa miecz mówiąc:
– Prędzej święta rzeka Khan spłynie krwią moich przodków, niż przestraszę się jednego aralskiego szakala.
W tym momencie siedzący dotąd na wozie poborca jednym susem zeskoczył z „kozła” i stanął przed nosem Łachima mówiąc:
– Jesteś tak głupi, że nie zasługujesz nawet na to, by dalej plugawić ziemię po której stąpasz, zginiesz zanim zdążysz podnieść swój miecz.
Na to odparł mu Łachim, jednocześnie przygotowując się do pojedynku:
– Mimo, iż jestem już stary, nie takich jak ty potrafiłbym powalić.
I już miał zadać pierwszy cios, po którym zapewne poborca osunął by się martwy na ziemię gdyby nie nagły, krótki, ostrzegawczy krzyk:
– Strażnicy idą!!!
W jednej chwili tak poborca, jak jego niedawny przeciwnik szybko wskoczyli do swoich wozów, udając przy tym, że prowadzą przyjacielską pogawędkę.
Z miejsca, na którym usiadł Łachim widać było jak trzej żołnierze uzbrojeni w krótkie miecze przypięte do boków i długie trzymane w rękach włócznie, szli niezbyt szybko w stronę stojących obok siebie wozów. Gdyby nie ostrzeżenie jednego ze sług, już za chwilę zobaczyliby walczących ze sobą ludzi, co zapewne skończyłoby się dla jednego z nich śmiercią, a dla drugiego kilkuletnim wyrokiem w ciężkim więzieniu. Król Aralii, bowiem, potępiał wszelkie pojedynki prowadzone na terenie stolicy, a droga na której stały wozy do stolicy z całą pewnością należała. Kiedy żołnierze doszli do wozów, zza ich pleców wyszedł człowiek drobnej postury z trzymanym w ręku zwojem papieru, jak łatwo się domyślić człowiek ten był heroldem królewskim. Wszedł na stojący obok drogi kamień i przeciągłym, nieco chrypliwym głosem powiedział:
– Słuchajcie, słuchajcie, słuchajcie! Jego Wysokość Shakull Pierwszy zarządza co następuje! – przerwał na moment herold i spojrzał na trzymany przed sobą zwój. Odchrząknął i ciągnął dalej:
– Z powodu bardzo srogiej zimy, którą na nasz kraj ściągnęły złe demony, nasz Pan łaskawie obniża wysokość podatków o 25 dukatów od osoby. Łaskawe to zarządzenie obejmuje wszystkich mieszkańców naszego królestwa. – Gdy skończył prawie wszyscy słuchający go ludzie zaczęli krzyczeć z radości i wiwatować na cześć króla, raz po raz rzucając w górę wszelkiego rodzaju nakryciami głowy. Tylko Łachim siedział smutny, zły i osowiały, widząc jego minę jeden ze strażników podszedł do niego pytając:
– Nie cieszysz się kupcze? Król darował ci 25 dukatów okaż swoje podziękowanie.
– Nie mam z czego się cieszyć, bo to nie mi darował 25 dukatów, tylko Aralczykom, a ja jestem Arghańczykiem. – odparł mu spokojnie Łachim.
Żołnierz nic mu nie odpowiedział, tylko podszedł do drugiego wozu i zapytał siedzącego w nim poborcę:
– Powiedz mi, co tu robisz?
– Jak to co? Tak jak wszyscy czekam na wjazd do Arakny, żeby zapłacić podatek.
– To dlaczego tak jak wszyscy nie stoisz na drodze, tylko obok?- zaciekawił się strażnik.
– Bardzo się spieszę i chciałem podjechać jak najbliżej bram miasta. – odparł speszony poborca.
– Król wydał dekret na mocy, którego poza kolejnością do miasta wjechać mogą tylko członkowie rodziny królewskiej. Więc zawracaj swój wóz, ale już! – krzyknął strażnik i na poparcie swych słów wyjął miecz i pogroził nim poborcy.
– Ale dla mnie król jest jak rodzony brat! – nie dawał za wygraną woźnica.
– Kim jesteś? – spytał go strażnik, już jakby łagodniej.
– Jestem poborcą podatkowym z północno-wschodniej prowincji.
– Nie marnuj mojego czasu i zawracaj! – zdenerwował się strażnik.
Chcąc nie chcąc poborca musiał zawrócić wóz, a ponieważ za nim stało już kilka nowych wozów, zmuszony był cofnąć się dalej, niż myślał.
Strażnicy postali jeszcze chwilę patrząc, czy nikt nie zamierza wepchnąć się bez kolejki. Później wolnym, powłóczystym krokiem ruszyli tam, skąd przyszli. Ledwie zniknęli z oczu, a cała kolumna wozów ruszyła, niestety nie dalej niż o dziesięć kroków od poprzedniego stanowiska. Ponieważ słońce prawie już zachodziło pewne było, że wozy dzisiaj już się nie ruszą. Ludzie zaczęli szykować się do snu, mułom dawano obroku do worków. Łachim też już szykował się do snu, kiedy odezwał się Keram:
– Wujku, obiecałeś mi, że dzisiaj będziemy spać w karczmie, a nie jak jacyś słudzy w wozie.
Łachim podrapał się po swojej kudłatej głowie i rzekł:
– Dobrze, już dobrze. Skoro obiecałem to chodźmy. I zaczął powoli schodzić z wozu.
Keram z radości aż podskoczył na koźle, później jednym susem zeskoczył na ziemię i już był gotów. Jego wujek te wszystkie czynności robił znacznie wolniej licząc, że zanim dojdą do karczmy wszystkie miejsca będą już zajęte i będą musieli wracać. Gdy już się wygramolił z wozu stanął na drodze przeciągnął się i powiedział:
– Możemy iść, ale od razu uprzedzam cię, że jeżeli wszystkie miejsca będą już zajęte to będziemy musieli zaraz tu wrócić.
Keram tylko machnął ręką na znak, że się zgadza i prawie biegiem ruszył w stronę karczmy. Brodacz ledwo go dogonił i zziajany krzyknął:
– Gdzie tak pędzisz? Nie jestem jakimś szybkobiegaczem, żeby tak biec!
– Trzeba się pospieszyć, żeby nam kto miejsca w karczmie nie zajął – odpowiedział mu Keram i jeszcze przyspieszył.
Łachim zatrzymał się, żeby złapać oddech i krzyknął w ślad za biegnącym młodzikiem:
– Jak tylko znajdziesz miejsce w karczmie, to zamów kolację, ja zaraz przyjdę.
Powiedziawszy to Łachim wcale nie zamierzał się spieszyć i wolnym krokiem szedł w stronę karczmy mijając po drodze znajomych woźniców, którzy tak jak on wieźli daninę. Gdy tylko dotarł do karczmy zobaczył, że jego bratanek zamiast wchodzić stoi przed drzwiami i wali w nie z całej siły pięściami. Podszedł do niego brodacz i zapytał:
– Dlaczego nie wchodzisz do środka?
– Słudzy karczmarza nie wpuszczają już nikogo! – odpowiedział wściekły Keram.
Brodacz podszedł do drzwi chwycił, ozdobną posrebrzaną kołatkę i zastukał nią kilkakrotnie. Po kilku chwilach otworzyło się małe okienko znajdujące się u góry tych drzwi, zobaczyli człowieka, a właściwie jego nos i oczy. Łachim spojrzał na odźwiernego i powiedział:
– Wpuść nas do karczmy, jesteśmy głodni i zziębnięci.
Na co odpowiedział mu odźwierny:
– W karczmie nie ma już miejsca. I zamknął okienko zostawiając osłupiałych Łachima i Kerama na zewnątrz. Brodacz jednak nie dawał za wygraną i znowu zastukał kołatką. Już po kilku chwilach zobaczyli w okienku tą samą twarz tym razem wściekłego już odźwiernego, który widząc tych samych ludzi krzyknął:
– A wy tu czego? Głusi jesteście!?
Na co spokojnie, ale stanowczo odpowiedział Łachim:
– Wpuść nas, jestem przyjacielem karczmarza i jeśli nas nie wpuścisz poskarżę się twemu panu, a on porządnie cię wybatoży.
Sługa przestraszył się, bo za takie niedopatrzenie jego pan mógł go nie tylko dobrze obić, ale nawet wypędzić ze służby. Zanim zamknął okienko zapytał tylko:
– Kim jesteście?
– Powiedz swemu panu, że przyszedł Łachim. – odpowiedział mu brodacz.
Okienko się zamknęło, a w chwilę potem z chrzęstem otwieranego zamka otworzyły się drzwi, w których stał sam karczmarz. Spojrzał na przybyszów i rzekł:
– Który z was podaje się za mego przyjaciela Łachima?
Łachim spojrzał na karczmarza i z niedowierzaniem krzyknął:
– Khenay!? To ty!!!
Na co karczmarz rozłożył ramiona w powitalnym geście i krzyknął z radości:
– Łachim!? Nich mnie wilcy pokąsają, to przecież ty stary druhu.
A potem serdecznie uściskał swego gościa tak, jakby nie widzieli się sto lat. Potem zaprosił ich do środka mówiąc:
– Wchodźcie, wchodźcie.
A kiedy z sieni zaczęli iść w stronę głównej sali gospodarz konfidencjonalnie szepnął:
– Nie tędy, chodźcie do kuchni.

Koniec części pierwszej

Mariusz Tara01nek


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *